Grand Raid de la Reunion – Diagonale des Fous 2014

Diagonale des Fous – „Przekątna Szaleńców” – to dla mnie bieg wyjątkowy. Najtrudniejszy jaki dotychczas ukończyłem. Okupiony ekstremalnym wysiłkiem i walką ponad miarę nawet doświadczonego ultrasa. Magiczne jest już samo umiejscowienie trasy zawodów. Niezbyt w Polsce znana wyspa Réunion, znajdująca się w archipelagu Maskarenów na Oceanie Indyjskim, uznawana jest za perłę ukrytą przed światem przez Francuzów, dla których jest bardzo popularną destynacją urlopową. W mojej opinii jest jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Można by na ten temat poświęcić osobny artykuł… Kto wie? może kiedyś… Próbki tego jak tam jest można zobaczyć na licznych filmach. Krajobrazy są spektakularne.

Od fascynacji egzotyczną imprezą do zapisania się na bieg

Pierwszy raz dowiedziałem się o Grand Raid w 2012 roku. Przypadkowo trafiłem w sieci na transmisję z finiszu Kiliana Jorneta z jakiegoś egzotycznego biegu. Jak się okazało zawody odbywały się na Réunion. Duże wrażenie zrobiła na mnie atmosfera i ogromna ilość ludzi – kibiców, dziennikarzy, wolontariuszy. Wszyscy byli podekscytowani i żywiołowo reagowali na przybycie zwycięzcy. Można to zobaczyć na filmie. Miałem za sobą już wtedy kilka zagranicznych startów z fantastyczną atmosferą, jednak coś takiego widziałem pierwszy raz. Wówczas nawet nie marzyłem żeby kiedykolwiek wziąć udział w tym biegu. W 2013 r. ukończyłem UTMB – legendarny bieg dookoła Mont Blanc. To był dla mnie moment przełomowy. Realizacja tego marzenia pozwoliła mi bardziej uwierzyć w siebie i w pewnym sensie otworzyć oczy na świat, oferujący wiele interesujących wyzwań biegowych. Niedługo później Tsuyoshi Kaburaki opublikował ciekawą relację filmową z jego udziału w Grand Raid Réunion, w której zwraca uwagę zarówno na bieg, jego trudności, jak i walory wyspy z jej niesamowitymi krajobrazami. Pomyślałem wtedy, że warto byłoby spróbować swoich sił na Réunion. W efekcie zapisałem na kolejną edycję biegu w 2014 roku.

Przygotowania

Siłą rzeczy Diagonale des Fous stał się moim najważniejszym startem w 2014 roku. Pozostałe potraktowałem treningowo. Przygotowania do biegu były kontynuacją tego co robiłem wcześniej. W tygodniu kilka krótszych ale zróżnicowanych treningów i jedno dłuższe wybieganie w weekend. Wielu ludzi dziwi się, że do biegu 170 km można przygotowywać się biegając na co dzień do 25-30 km. Jestem przykładem tego że można. Poza tym kilka krótszych startów kontrolnych pozwala poczuć większy wysiłek i mocniej popracować głową. Silna psychika to najważniejsza cecha jaką powinien mieć biegacz długodystansowy. Każde kolejne zrealizowane wyzwania pozwalają ją umacniać.

Istotne dla mnie było to, że regulamin Diagonale des Fous zabrania używania kijków, a przewyższenia są tam bardzo duże (+/- 10 000 m). Wobec tego nie używałem ich przez cały sezon. Ostatnim moim startem przygotowawczym był Bieg 7 Dolin w Krynicy. Tuż po starcie okazało się, że to nie mój dzień. Przeziębienie wyraźne dawało znać o sobie. Dodatkowo miałem silne skurcze żołądka. Walczyłem z potężnymi kryzysami do samej mety. Było to cenne doświadczenie przygotowujące mnie do tego co miało nastąpić podczas najważniejszego biegu sezonu.

Podróż z niespodzianką

Na Réunion wybraliśmy się z Anitą na dziesięć dni, mając zamiar przy okazji biegu zwiedzić wyspę. Wylecieliśmy z Warszawy z przesiadką i zmianą lotniska w Paryżu, skąd bezpośrednio polecieliśmy do stolicy wyspy Saint-Denis. Nie obyło się bez przygody. Już w Paryżu okazało się że nie ma naszych bagaży. Żadnych bagaży nie było, ponieważ w Warszawie nie zapakowano ich do samolotu. Powstało potężne zamieszanie. Tłum pasażerów został zmuszony do składania pisemnych reklamacji w tej sprawie. Trwało to bardzo długo. Wielu osobom puszczały nerwy. Jedyną korzyścią zaistniałej sytuacji było dla nas to, że dalszą drogę odbyliśmy „na lekko”. Niestety przy odprawie w Warszawie zachęcono nas do bezpłatnego odprawienia także podręcznego bagażu. Nie mieliśmy więc przy sobie nic poza dokumentami i biletami. Lot z Paryża na Reunion trwał ok 11 godzin. Po dotarciu na miejsce i opuszczeniu lotniska przekonaliśmy się jak bardzo jest bardzo upalnie. Na ponad tydzień przed biegiem przed lotniskiem stało kilku tubylców z transparentami witającymi uczestników biegu. Najgorsze było to, że nie miałem przy sobie sprzętu do biegania, a planowałem kilka rekonesansów trasy połączonych z aklimatyzacją. Najważniejsze były buty. Po dwóch dniach daremnego czekania na bagaż kupiłem nowe, ale wiadomo że „nówki” to nie jest najlepszy pomysł na zawody. Obtarły mnie solidnie już na pierwszym 10 km rozbieganiu przy plaży. Okazało się też że już w godzinach porannych jest niemiłosiernie gorąco. Krótki trening kończyłem zajechany i odwodniony. Walizki docierały pojedynczo przez kilka kolejnych dni. Zdążyłem w ramach przygotowań zrobić jeden trening w górach. Mogłem przekonać się jak bardzo zróżnicowane panują tam warunki. W wyższych partiach gór nie było tak gorąco. Było sporo wilgoci przez co lepiej można było poczuć zapachy lasu egzotycznego. Zobaczyłem też czym są słynne stromizny i dlaczego krąży opinia, że ludzie z lękiem wysokości mogą mieć tam problemy…

Grand Raid to duma mieszkańców Réunion. Dało się wyczuć szczególny szacunek ze strony każdego kto dowiadywał się, że zamierzam podjąć próbę. W powszechnej opinii miejscowych ukończenie biegu sprawia, że człowiek staje się bohaterem. Zwłaszcza biegacze pochodzący z wyspy, traktowani jak wybrańcy lokalnej społeczności, za punkt honoru stawiają sobie dotarcie do mety.

Odprawa przed biegiem

Odbiór pakietów startowych w dniu poprzedzającym start był nieco inny niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Na początek bardzo sprawne potwierdzenie tożsamości i wydanie numeru z chipem. Następnie wolontariusze kierowali zawodników do długiej kolejki wijącej się między namiotami sponsorów. Przy każdym stanowisku wręczano nam rożne gifty. Całość tej przechadzki zajęła mi ok godzinę. Opuściłem odprawę z torbą wypchaną najróżniejszymi rzeczami, od czapek sportowych, przez mydło, próbki kosmetyków, jakieś danie z fasoli, a nawet miejscową kiełbasę. Zastanawiające było dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby to wszystko zapakować wcześniej do pakietów startowych, ale było nawet ciekawie. Najbardziej przydatną rzeczą okazał się foliowy płaszcz przeciwdeszczowy zapakowany w niewielką kulkę z tworzywa. Wykorzystałem go jako obowiązkową kurtkę przeciwdeszczową i zapakowałem do pasa na numer startowy.

Siła spokoju

Start miał miejsce następnego dnia (czwartek) o godz. 22:30. Ze względu na osunięcia się fragmentów dróg na górskich odcinkach, trasa została wydłużona o 9 km, tj. do 173 km. „Bieg Wariatów” rozpoczyna się w St-Pierre na południu wyspy. Zaskoczyło mnie to jak dużo osób przyszło kibicować mimo późnej pory. Było kilka może kilkanaście tysięcy ludzi. Robiło to ogromne wrażenie.

Przed biegiem trzeba było przejść przez stanowiska przy których odbywała się szczegółowa kontrola obowiązkowego wyposażenia. Następnie zawodnicy gromadzili się w strefie oddzielonej od kibiców podwójnymi płotkami. Na dużym placu były dwie sceny. Na jednej lokalne zespoły grające głównie muzykę kreolską rozgrzewały biegaczy przed walką. Druga scena była zaaranżowana na studio telewizyjne, gdzie zawodnicy elity udzielali przedstartowych wywiadów. Tuż przed startem atmosfera była bardzo gorąca. Przypuszczałem, że wielu biegaczy poniosą emocje i wystrzelą jak z procy. Zamierzałem wystartować spokojnie. Zamknąłem na chwilę oczy i wprowadziłem się w pewien rodzaj medytacji. Odciąłem się od rzeczywistości. Przestałem cokolwiek słyszeć. Poczułem coś co określiłbym jako stan „flow”. Kiedy wróciłem po chwili do rzeczywistości właśnie zaczynało się odliczanie: 10.. 9 .. 8.. 7……1… i start.

Wystartowałem spokojnie. Zupełnie nie robiło na mnie wrażenia szalone tempo wielu zawodników. Cieszyłem się chwilą. Było fantastycznie. Startowi towarzyszył pokaz sztucznych ogni, a tłum ludzi ustawionych wzdłuż trasy energicznie krzyczał zagrzewając do biegu. Spontaniczne orkiestry grały żywiołowo na rożnych instrumentach. Tak było przez całe St-Pierre. Mniej więcej po pierwszym kilometrze biegu, kiedy tłum szalonych wydarł do przodu zauważyłem, że podobnym do mojego spokojnym tempem biegnie kilku zawodników elity. Moją uwagę zwrócił biegnący obok mnie Tsuyoshi Kaburaki. Od dawna podziwiam spokój jakim cechują się Japończycy. Wymieniliśmy kilka słów życząc sobie wzajemnie dobrego biegu. Później dowiem się, że Tsuyoshi niestety nie dotarł do mety. Wielka szkoda. Jeszcze w St-Pierre okazało się że część biegaczy przesadziło z tempem i zaczęli znacząco zwalniać, a niektórzy wręcz zatrzymywali się żeby złapać oddech. Na tak długim biegu chłodna głowa i rozsądek to podstawa.

Grand Raid de la Reunion – Diagonale des Fous 2014, profil trasy
Profil trasy Diagonale des Fous 2014

Łatwy trudnego początek

Początkowe 40 km biegu to podbieg z St-Pierre położonego nad brzegiem Oceanu na szczyt Piton Textor (2165 m n.p.m.). Ten etap wbrew pozorom jest najłatwiejszy. Nie ma na nim większych trudności technicznych, poza kilkoma stromymi, wąskimi i luźnymi krótkimi odcinkami. Początkowo biegnie się między plantacjami trzciny cukrowej. Wraz ze wzrostem wysokości jest coraz więcej lasów. Co jakiś czas pastwiska i schody służące do przechodzenia nad ogrodzeniami. Kiedy byłem na 35 kilometrze zaczął padać lekki deszcz, który przerodził się w intensywną ulewę połączoną z wichurą. Nie byłem na to przygotowany, gdyż prognoza pogody nie przewidywała opadów. Na Réunion w październiku jest gorąco i deszcz pada dość rzadko. Niespodziewane warunki pogodowe i znaczna wysokość powodowały, że temperatura na Piton Textor spadła do 4ºC, a odczuwalna do 0ºC. Deszcz był tak intensywny, że po kilkunastu minutach zamiast drogą biegłem strumieniem wody sięgającej kostek.

Przy punkcie odżywczym Mare à Boue (52,5 km) wielu biegaczy zmieniało ciuchy na dostarczone im przez supporterów. Nie mając nic na zmianę, aby uniknąć wychłodzenia robiłem bardzo krótkie przerwy. Dzięki temu szybko pokonywałem trasę. Wkrótce zrobiło się widno. Deszcz przestał padać  kiedy wbiegłem na Coteau Kerveguen (2204 m n.p.m.).

Kolejne 5 km prowadziło jednym z najtrudniejszych odcinków trasy – niemal pionową ścianą do miejscowości Cilaos (66 km). Skalista ścieżka prowadząca zakosami była po deszczu bardzo śliska. Po drodze minąłem biegacza który uległ wypadkowi. Leżał bez ruchu opatrywany przez ratowników, którzy pokazali mi, żebym nie zatrzymywał się i biegł dalej. Taki widok daje do myślenia i powoduje wzmożoną ostrożność. Diagonale des Fous jest jednym z niewielu biegów, na których zdarzają się poważne wypadki, niektóre śmiertelne. Nie powinno się jednak zbyt intensywnie o tym myśleć. W trakcie zbiegu po minąłem Natalie Mauclair, późniejszą zwyciężczynię biegu wśród kobiet. Właściwie nie zbiegała, a bardzo ostrożnie schodziła trzymając się skał. Stromość tego zbiegu była naprawdę imponująca.

Trzy cyrki: Cilaos, Salazie i Mafate

W Cilaos chmury zaczynały się przerzedzać i wyszło słońce. Na ulicach mimo wczesnej pory była pokaźna ilość kibiców. Krzyczeli, przybijali piątki, prosili o wspólne zdjęcie. Byłem już trochę zmęczony, zwłaszcza ostatnim zbiegiem, ale dzięki fantastycznemu dopingowi biegło mi się rześko. W umiejscowionym na stadionie punkcie odżywczym był przepak. Miałem tu zdeponowany worek ze świeżymi, suchymi butami. Coś mnie jednak podkusiło i odłożyłem zmianę butów do kolejnego punktu w Hell Bourg’u (86 km). Okazało się to błędem. Niedługo po wybiegnięciu z Cilaos zacząłem mocno czuć odparzenia skóry na mokrych stopach. Trasa nieustannie była wymagająca technicznie.

Następnym etapem było strome podejście do schroniska Caverne Dufour, położonego na wysokości 2479 m n.p.m., u podnóża najwyższej góry na wyspie Piton des Neiges (3070 m n.p.m.). Mozolne podejście dłużyło się niemiłosiernie. Znacznie trudniejszy okazał się zbieg. Na trudnym skalistym podłożu coraz bardziej dawały mi się we znaki odparzone stopy. Zbiegać się nie dało. Wąska stroma ścieżka pokryta była dużymi głazami i tworami wulkanicznymi. Przez kilka kilometrów mozolnego schodzenia w dół koncentrowałem się na utrzymywaniu równowagi. Upadek na takim podłożu mógłby skończyć się nieciekawie. Po pewnym czasie trasa zrobiła się nieco łatwiejsza.  Na grani Cap Anglais było trochę schodów, które przyjąłem z ulgą. Wreszcie można było biec. Gdzieniegdzie były przymocowane drabinki. Ostatni etap zbiegu do Hell Bourg’a ponownie był piekielnie stromy. Trasa Diagonale obfituje w „ściany”.

Na punkcie kontrolnym spodziewałem się Anity, która miała mi dostarczyć żele i suche buty. Okazało się, że nie zdąży. Było to wynikiem awarii systemu przekazującego odczyty czasów z kolejnych punktów, umożliwiającego śledzenie zawodników. Kierowała się więc orientacyjnymi czasami podanymi przeze mnie przed biegiem. W Hell Bourg’u byłem 2 godziny szybciej niż zakładałem. Nie było sensu czekać więc pobiegłem dalej. Zostałem bez żeli, a moje stopy przeżywały trudne chwile. Dalszy etap to podejście na przełęcz Col de Fourche, od której zaczyna się Mafate – ostatni z trzech powulkanicznych cyrków do pokonania.

Cyrki na Réunion są rodzajem kotlin otoczonych wysokimi i stromymi górami, oddzielającymi je od pozostałych części wyspy. O ile do cyrków Salazie i Cilaos można dostać się samochodem bardzo krętymi drogami, wewnątrz Mafate nie ma żadnych dróg. Ma to swój niepowtarzalny klimat. Nieliczne wioski sprawiają wrażenie odciętych od cywilizacji i są połączone jedynie szlakami pieszymi. Zaopatrzeniem sklepów odbywa się helikopterem, a listy dostarcza raz w tygodniu etatowy listonosz pieszo. Organizatorzy Diagonale des Fous ostrzegają biegaczy, żeby w przypadku dużego zmęczenia lub braku odpowiedniego zapasu czasowego na dotarcie do mety, nie próbowali forsować Mafate, ze względu na trudność ewentualnego niesienia pomocy. Moim głównym problemem były totalnie już zniszczone stopy, walczyłem jednak dalej i przez myśl mi nawet nie przeszło poddanie się.

Trasa przez cyrk Mafate była zjawiskowa. Najbardziej zapadły mi w pamięć wąskie wysokie wodospady i ciągle zmieniająca się roślinność. Odcinek przez Trois Roches i Roche Plate miejscami całkowicie pozbawiony roślin wydawał się jakby z innej planety. Widoki cały czas zapierały dech w piersiach. Dzięki temu nabrałem dodatkowych porcji energii. Wyjście z Mafate wiodło niebotycznie stromą ścianą na szczyt Maïdo(2200 m n.p.m., ok 120 km). Było to pierwsze miejsce od 35 kilometrów gdzie mógł dotrzeć support.

Spokojnie to tylko kłopoty

Po zachodzie słońca ciemność zapadła błyskawicznie. Stopy wymagały szybkiej interwencji. Anita z pomocą kilku znajomych mieszkających na wyspie, założyła mi solidne opatrunki zabezpieczające stopy. Cała akcja wzbudziła zainteresowanie kibiców. Z pomocą przyszedł także jeden z operatorów, który doświetlał zaimprowizowany punkt medyczny lampą kamery. Ruszyłem dalej wsparty solidnym dopingiem wszystkich obecnych w tamtym miejscu.

Zmieniłem akumulator w czołówce. Przewidywałem, że najprawdopodobniej będę biegł do rana. Do mety zostało niewiele ponad 50 km, ale ze względu na stan moich stóp wiedziałem że nie pogonię zbyt szybko. Na profilu trasy ta końcówka wygląda dość niewinnie. Spory zbieg z 2200 na 200 m n.p.m., a później dwie górki, mniejsza i ostatnia nieco większa – Colorado. W rzeczywistości wyglądało to trochę inaczej.

Na tym odcinku nastąpiła jakaś fatalna kumulacja trudności. Nie byłem już pierwszej świeżości więc zbieg z Maïdowydawał się nie kończącą się historią. Kilkanaście minut od szczytu moja czołówka zaczęła wariować. Mimo świeżego akumulatora przeszła w tryb awaryjny. Z czasem widziałem coraz mniej i byłem zmuszony biec bardzo ostrożnie. Kolejna wymiana akumulatora nie przyniosła rezultatu i po kilku chwilach latarka ponownie przeszła w tryb awaryjny. Więcej zapasowych baterii nie miałem, a światło z każdą minutą dogasało. Musiałem mocno się schylać, żeby wypatrzyć co mam pod nogami. Znalazłem się dosłownie w „czarnej dupie”. Jakimś cudem zachowałem spokój. Zaufałem losowi i spokojnie przemieszczałem się dalej. Na jakimś punkcie po drodze wolontariusze dali mi baterie które awaryjnie dały się wykorzystać w mojej latarce. Wystarczyły na ok 15 minut.

Ciężko  odczuwałem szybki wzrost temperatury wraz ze spadkiem wysokości. Od wysokości 700-800 m n.p.m. było mi już wyraźnie gorąco. W gardle zacząłem czuć jednocześnie suchość i gorycz. Dodatkowo trasa stawała się coraz trudniejsza technicznie. Niektóre odcinki wymagały przedzierania się przez gęste zarośla z jednoczesnym zeskakiwaniem z ogromnych głazów. Czasem musiałem łapać się gałęzi drzew, żeby mieć asekurację przy zeskakiwaniu. Przy bardzo słabym świetle latarki i sporym już zmęczeniu było to „ciekawe” przeżycie. Niewiele też pomagały opatrunki założone na stopy. Miałem wrażenie, że dodatkowe warstwy materiału ogrzewają odparzenia i rany. Długi zbieg powodował że pieczenie odparzonych stóp zamieniało się w uczucie chodzenia po ogniu.

Halte La

Po dobiegnięciu do Stade de Halte La (140 km) zauważyłem dziwne zgrubienia na mięśniach czworogłowych ud, efekt ich przeciążenia. Łapiąc się za uda czułem jakbym w każdym pod skórą miał po dwie piłki tenisowe. Zgłosiłem się do punktu medycznego. Rozmasowanie niewiele pomogło. Skorzystałem z możliwości wymiany opatrunków na stopach na bardziej fachowe. Miny sanitariuszy po odwinięciu bandaży utwierdziły mnie w tym, że jest źle. Chwilę po mnie do punktu medycznego z takim samym problemem zgłosił się francuski biegacz Ronan Moalic. Kilkanaście minut po opuszczeniu Halte La światło mojej latarki było już tak słabe, że poruszałem się po omacku. Zdecydowałem się poczekać na jakiegoś zawodnika ze sprawną latarką. Dogonił mnie Ronan i zacząłem biec razem z nim, krok w krok, wykorzystując światło jego czołówki. Biegliśmy razem prawie do samej mety.

Niewinne na profilu wzniesienia okazały się spore i trudne technicznie. Były przynajmniej trzy dłuższe podejścia, które bardzo dawały popalić. Nie zawsze można ufać profilowi… Pokonanie ostatnich 50 km trasy zajęło mi ok. 10 godzin. O ile dobrze pamiętam w Grande Chaloupe (159 km) żona Ronana pożyczyła mi sprawną czołówkę. Komfort biegu znacznie się poprawił.

Byłem już zmęczony do tego stopnia że powłóczyłem nogami. Z ostatnich kilometrów dobrze pamiętam Chemin des Anglais. Najstarsza droga na Réunion, została ułożona w latach 1767-1775 z dużych bazaltowych kamieni. Wije się w górę i w dół. Miejscami trudno się po niej biegnie, gdyż upływ czasu jej nie oszczędził. Prawdopodobnie gdyby nie zniszczone stopy moje wrażenia z pokonywania tego odcinka byłyby lepsze.

Walka z potworem – decydujące starcie. Kto wymyślił tę ścianę?!

Końcowe kilometry biegu prowadzą przez wzgórze Colorado (700 m n.p.m.) skąd jest już jedynie 6 km do mety. Colorado, ostatnia trudność Grand Raid , jest trochę jak święty Graal. Wiadomo, że po jego pokonaniu dotarcie do mety jest właściwie formalnością. Od pierwszych kilometrów przez cały bieg wolontariusze powtarzali: „oby do Colorado, później już tylko przyjemny zbieg do Reduty”. Okazało się, że ten finałowy etap był wyjątkowo trudny, a miejscami niebezpieczny. Jeszcze przed osiągnięciem wierzchołka Colorado co chwilę miałem wymioty. Byłem tak zmęczony, że traciłem równowagę. Było mi na przemian zimno i gorąco. Słońce wstawało kiedy przechodziłem przez szczyt.

Zbieg był łatwy jedynie przez pierwsze 500 m, prowadzące przez łąkę. Następnie trasa weszła na strome skaliste urwisko. Było sporo korzeni oplatających skały, mokrych od nocnych opadów lub mgły. Bojąc się spaść schodziłem bardzo ostrożnie. Od czasu do czasu pojawiał się lekki trawers w poprzek i zdobywałem się na lekki trucht. Kiedy docierałem do Saint-Denis, ok. 1 km przed metą zauważyłem przed sobą dwa stadiony. Zatrzymałem się próbując odgadnąć, który to Stade de La Redoute. Z pomocą przyszli mi wolontariusze ustawieni wzdłuż trasy. Gestami pokazywali drogę do mety.

Zatrzymałem się na chwilę żeby spojrzeć wstecz na pokonaną właśnie górę. Jednocześnie myślałem o całej tej ciężkiej przeprawie. Czułem się jakbym po długiego boju został wypluty przez wielkiego smoka. Zmasakrowany do granic. Miałem świadomość ciężaru kończącej się właśnie walki. Dobiegając do mety chwiałem się na nogach. Byłem tak zmęczony, że bolało mnie dosłownie wszystko. Miałem dreszcze i w całym ciele czułem totalny dyskomfort. Ulgę poczułem dopiero na stadionie, kiedy na ostatnich metrach Marlena wręczyła mi polska flagę. Po 31 h i 48 min przekroczyłem linię mety, zajmując 21 miejsce. Spiker powiedział że jestem pierwszym Polakiem, który ukończył Diagonale des Fous. Przedstawiciel organizatora widząc wzruszenie Anity przekazał jej medal, żeby mi go założyła na szyję. Po kilku chwilach opowiadałem organizatorom o moich rozterkach pod koniec dotyczących ustalenia na którym stadionie jest meta. Usłyszałem w odpowiedzi: „Jakie dwa stadiony? Przecież tu jest jeden”…

Chwilę później padłem na murawę stadionu i przez kilkadziesiąt minut starałem się zebrać jakiekolwiek siły. Czułem dokładnie to, co uwidacznia napis na koszulce finiszera, którą od lat otrzymuje każdy, kto ukończy bieg: „J’ai survécu” – przeżyłem!!!…

Niezwykle miłym akcentem pobytu na Réunion było spotkanie miejscowej Polonii. Szczególnie zapamiętam wieczór po dotarciu do mety. Zostaliśmy z Anitą zaproszeni na kameralne spotkanie. Okazało się, że zebrała się spora grupa Polaków mieszkających na wyspie. Dostaliśmy pamiątkowe statuetki, były gratulacje i było przesympatycznie. Mimo zmęczenia to był dla mnie niesamowity wieczór.

Wskazówki dla przyszłych „szaleńców”:

Dla kogo ten bieg?

Dostanie się na listę startową jest dla ludzi spoza wyspy dość łatwe. Wystarczy się w odpowiednim czasie zapisać i dokonać opłaty. Jest to jednak wyjątkowo trudny bieg, dlatego uważam, że wymaga pewnego doświadczenia w biegach górskich i mocnej psychiki. Odnosząc trudność Diagonale do UTMB, który ukończyłem dwa razy, stwierdzam, że bieg na Réunion jest znacznie trudniejszy. W Alpach biegnie się głównie trasami niezbyt trudnymi technicznie. Na Réunion łatwe jest tylko pierwsze 40 km. Potwierdzeniem tego są czasy uzyskiwane przez najlepszych biegaczy. Przy podobnym dystansie i przewyższeniach w biegu dookoła Mont Blanc zwycięzcy dobiegają do mety po ok 20 h, na Réunionpo 24-25 h. Do takiego wyzwania warto być dobrze przygotowanym. Przydało by się mieć za sobą kilka biegów górskich dłuższych niż 100 km. Cennym elementem przygotowań mogą być starty w ciepłym klimacie. Limit 66 h na ukończenie jest adekwatny do skali trudności. Głównymi wyzwaniami biegu są: dystans, duże przewyższenia, stromizny, wulkaniczne nieprzyjemne podłoże, możliwe gwałtowne opady, zmiany ciśnienia i wysoka temperatura w dzień. W połączeniu ze sobą mogą stanowić czynnik wyniszczający organizm.

Wyposażenie

Lista obowiązkowego wyposażenia jest w regulaminie biegu. Niemniej za konieczne uważam mocne buty na odpowiednio sztywnej podeszwie. Skalisto-wulkaniczne podłoże jest bardzo wymagające. Warto zaplanować przynajmniej jedną zmianę butów i skarpet. Nie spotykanym gdzie indziej jest wymóg biegu w koszulce dostarczonej przez organizatora w pakiecie startowym, do drugiego punktu kontrolnego, a także na ostatnim odcinku. Prawdopodobnie chodzi o sponsorów, których liczne loga widnieją na koszulkach. Dobrze jest to uwzględnić w planowaniu przepaków. Kijki są zabronione. Odzież taka jak każdemu pasuje, a najlepiej sprawdzona w trudnych warunkach. Przede wszystkim jak najmniej dźwigania. Trzeba mieć na uwadze możliwe nagłe załamanie pogody, gdy temperatura może mocno spaść. Oddychająca bluza z długim rękawem jest na liście obowiązkowej. Niezbędna jest dobra i sprawna czołówka z zapasem akumulatorów/baterii Trzeba mieć na uwadze, że część zawodników będzie biegło przez 3 noce. Istotne jest mądre zaplanowanie i zapakowanie worków na przepaki.

Jak dojechać?

Na Réunionlatają samoloty linii Air France, Corsair oraz Air Austral. Trzeba szukać najlepszej oferty w danym momencie. My lecieliśmy Air France ze względu na wygodne połączenie z Warszawy. W Paryżu konieczna jest zmiana lotniska z CDG na Orly (lecąc Air France dla lotów międzykontynentalnych transfer jest bezpłatny). Lot z Paryża na wyspę trwa ok. 11 h.

Gdzie zamieszkać?

Są rożne możliwości. Można wynająć pokój lub apartament nad oceanem, albo domek wewnątrz wyspy. My mieszkaliśmy w turystycznej miejscowości Saint-Gilles les Bains na zachodnim wybrzeżu. Najlepiej robić rezerwację jak najwcześniej ponieważ w czasie kiedy jest bieg na Réunionzaczynają się wakacje i o tanie miejscówki może być trudno, a w ostatnich dniach przed pobytem może być kłopot z miejscami. Podobnie jest z wynajmem samochodu. Nie koniecznie trzeba się nastawiać na pobyt przy oceanie. Kąpiele są mocno odradzane, gdyż od kilku lat zdarza się coraz więcej ataków rekinów.

Język

Na wyspie oficjalnym językiem jest francuski. Dogadanie się po angielsku jest bardzo trudne. Wewnątrz wyspy dość powszechny jest język kreolski.

Żywność

Réunion to część administracyjna Francji, a więc Unii Europejskiej. Oznacza to konieczność spełniania odpowiednich norm jakości żywności. Na wyspie jest dużo miejscowych owoców, m.in. bardzo smaczne ananasy, różnego rodzaju cytrusy, które można uznać za ekologiczne, a dodawane są razem ze skórą do wielu dań. Łowi się głównie duże ryby. Polecam tatar z tuńczyka w rożnych wersjach i pieczoną rybę podawaną z sosem z miejscowej wanilii.  Dobre są też rożnego rodzaju curry sprzedawane na wynos w przydrożnych barach. Raczej odradzam eksperymentowanie w restauracjach tajskich, chińskich itp. Lubię taką kuchnię ale na Réunionmożna lepiej wybrać. Bardzo popularnie (i niestety nie tanie) są przekąski w postaci samosów wypełnionych rożnego rodzaju nadzieniem.

Koszty

Przeloty z Warszawy na Réunion  to wydatek rzędu 3500-4000 pln/os. Przy odrobinie szczęścia można upolować promocję. Okazją są ceny biletów ok. 3000 pln/os. Wynajęcie apartamentu dla 2 osób na dwa tygodnie min 700-1000 eur. Też warto mocniej poszukać i robić to jak najwcześniej. Lecąc w większej grupie można rozłożyć koszty wynajmując np. domek. Wyspa jest stosunkowo droga. Dużo żywności importuje się nawet z Europy. Posiłki w restauracjach to wydatek 15-25 eur/os. Samochód najtaniej można wynająć w jakiejś miejscowej wypożyczalni. W okolicach dużych miast jest kilka naprawdę tanich. Warto popytać miejscowych ewentualnie szukać ulotek w biurach informacji turystycznej. Najtańszy samochód można wynająć już od 15-17 eur/dzień przy min 5-dniowym wypożyczeniu. Trzeba być przygotowanym na konieczność złożenia w wypożyczalni depozytu 1000 eur. Możliwe jest zrobienie tego w postaci blokady tej kwoty na karcie kredytowej.

 

Jeszcze jeden film z Reunion